Atak na szkołę w Północnej Osetii - uwięziono kilkuset zakładników
Treść
Terroryści rzucają wyzwanie Rosji. Uzbrojone komando Czeczenów zaatakowało szkołę na Północnym Kaukazie. Trzyma kilkuset zakładników, w większości dzieci. To czwarty akt terroru w ciągu ośmiu dni. Eksperci ostrzegają, że nie ostatni. Czeczeńscy rebelianci oficjalnie potępili akcję terrorystów. Ich strona internetowa nazywa tę akcję "nieludzką".
Rada Bezpieczeństwa ONZ na nadzwyczajnym spotkaniu (o 23.00 naszego czasu) omówi kwestię ostatnich zamachów w Rosji. O pilne zwołanie posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych zwróciły się władze Rosji.
W szkole nr 1 w Biesłanie w rosyjskiej Północnej Osetii właśnie rozpoczynał się nowy rok. Setki odświętnie ubranych dzieci, nauczyciele i rodzice zabrali się na uroczystym apelu na boisku. Nagle rozległy się strzały. - Grała muzyka. Było wesoło. Nagle zobaczyłem trzech ludzi w czarnych maskach. Myślałem, że to dowcip, ale oni zaczęli strzelać w powietrze - mówi Zarubek Cumarow, któremu udało się uciec. Od ran odniesionych w strzelaninie zginęło dziesięć osób, w tym jeden terrorysta.
W wojskowej ciężarówce
Oddział ok. 20 napastników zagonił uczniów do szkoły i zaminował ją. Zagroził, że w przypadku szturmu wysadzi ją w powietrze. Ok. 50 ludziom udało się uciec przez kotłownię. Świadkowie twierdzą, że napastnicy rozmawiali ze sobą po czeczeńsku i były wśród nich kobiety opasane ładunkami wybuchowymi, jak dwa lata temu podczas ataku na moskiewski teatr na Dubrowce, do którego przyznał się słynny komendant polowy Szamil Basajew. Nie potwierdziły się informacje, że w geście dobrej woli terroryści wypuścili 15 zakładników. Według różnych danych uwięzionych jest 240-400 ludzi, głównie dzieci. Wczoraj przez cały dzień próbowano sporządzić ich listę.
Biesłan jest przedmieściem Władykaukazu, stolicy Północnej Osetii. Z Groznego jedzie się tu samochodem godzinę, a z sąsiedniej Inguszetii zaledwie 15 minut. W Biesłanie jest lotnisko, z którego bardzo często korzystają ludzie zdążający do Czeczenii. Przejeżdżałem przez miasto w zeszły piątek, ale nie było w nim widać szczególnych środków bezpieczeństwa.
Przed szturmem na szkołę terroryści porwali milicyjny samochód i ciężarówkę, prawdopodobnie na numerach wojskowych. Dzięki temu nie zwrócili na siebie uwagi. Do Osetii mogli się dostać z Inguszetii lub Czeczenii lasami, bo granica między republikami istnieje wyłącznie na mapie i partyzanci nie raz udowadniali, że mogą ją przekraczać, jak chcą, grając na nosie wojsku i milicji.
Terroryści negocjują, Putin się naradza
Według niektórych źródeł terroryści przekazali kartkę z napisem "Czekajcie!" i numer telefonu komórkowego. Po południu ujawniono, że służby specjalne nawiązały z nimi kontakt. Gdy stojący przed szkołą żołnierze próbowali się przegrupowywać, natychmiast rozlegały się starzały. W pewnym momencie w oknach szkoły pojawili się uczniowie jako żywe tarcze na wypadek szturmu.
Terroryści zgodzili się rozmawiać z prezydentem Północnej Osetii, przywódcą sąsiedniej Inguszetii, a także doktorem Leonidem Roszalem, który negocjował z napastnikami podczas ataku na moskiewski teatr na Dubrowce dwa lata temu. Odmówili jednak przyjęcia wody i jedzenia. - Żądają wycofania wojsk z Czeczenii, przerwania wojny i uwolnienia ludzi aresztowanych po czerwcowym zajeździe partyzantów na Inguszetię - ujawnił Asłambek Asłachanow, pochodzący z Czeczenii doradca Kremla ds. Kaukazu. Według niektórych informacji rodzice porwanych uczniów nagrali na wideo apel do prezydenta Władimira Putina, by nie dopuścił do szturmu. Treści kasety nie ujawniono. Nie wiadomo, czy nagrano ją na żądanie terrorystów, czy była to spontaniczna akcja rodziców.
W Moskwie nikt nie ma wątpliwości, że to kolejny zamach zorganizowany przez Czeczenów w związku z niedzielnymi wyborami prorosyjskiego prezydenta republiki. - Terroryści chcą pokazać, że po wyborach sytuacja w Czeczenii tylko się pogarsza - mówi Wiktor Ozierow, szef komisji obrony i bezpieczeństwa w rosyjskim senacie. To już czwarty akt terroru w Rosji w ciągu ostatnich ośmiu dni. W sumie zginęło w nich dotąd ponad sto osób. - Wypowiedziano nam wojnę, w której wróg jest niewidoczny i nie ma na niej frontu - ogłosił minister obrony Siergiej Iwanow. Prezydent Władimir Putin przerwał urlop w Soczi i natychmiast przyleciał do Moskwy, gdzie jeszcze na lotnisku zwołał naradę z szefami resortów siłowych. Rosja wezwała także, by w trybie pilnym zebrała się Rada Bezpieczeństwa ONZ.
Rosja w szoku
Cała Rosja zamarła w oczekiwaniu. Władze najwyraźniej nie wiedzą, co robić, i postanowiły grać na czas. Do Biesłanu są przegrupowywane elitarne jednostki specjalne, ekipy medyczne i ratownicy ministerstwa ds. sytuacji nadzwyczajnych. O wypuszczenie zakładników zaapelowała do terrorystów Ludmiła Aleksiejewa, szefowa Moskiewskiej Grupy Helsińskiej, która od lat walczy o prawa Czeczenów. - Żaden cel nie jest wart tego, by poświęcać życie dzieci - mówi Aleksiejewa, ale terroryści jej nie posłuchali. Z kolei o niedopuszczenie do szturmu apelują do Kremla krewni ofiar Dubrowki, gdzie podczas ataku sił specjalnych zginęło 130 zakładników. O dziwo do apelu przyłączyli się także weterani oddziału specjalnego Alfa specjalizującego się w odbijaniu zakładników. - Nie należy organizować pospiesznie szturmu, bo skończy się krwawą jatką. Tę sprawę można rozwiązać tylko rozmowami - mówi Siergiej Gonczarow, szef stowarzyszenia b. żołnierzy Alfy.
Rosja jest w tak wielkim szoku, że nikt nie zdążył sobie jeszcze postawić pytania, czy ostatnia seria zamachów to rosyjski 11 września. Władze ograniczają zresztą informacje płynące z Biesłanu, mówiąc, że terroryści mogą słuchać wszystkiego, co trafia do mediów. - Obawiam się, niestety, że to dopiero początek. Nasze władze nie są skłonne do ustępstw i przyznania się do pomyłki. Od Dubrowki Kreml miał dwa lata na zmianę polityki wobec Czeczenii, ale nic się nie zmieniło. Dlaczego przełom nastąpić ma teraz? - mówi nam Wadim Dubnow, wiceszef tygodnika "Nowoje Wriemia", znawca Kaukazu.
(Marcin Wojciechowski, Moskwa, IAR, pi)
Autor: gazeta.pl