Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Czesny wyjaśnia szczeciński wątek łódzkiej afery

Treść

Wiceprezydent Szczecina Mirosław Czesny broni się przed zarzutami, że współuczestniczył w "dojeniu" z pieniędzy biznesmenów ze Rzgowa.

We wczorajszej "Gazecie" opisaliśmy, jak łódzcy politycy i działacze sportowi wyłudzali pieniądze od właścicieli rzgowskiej firmy Polros. Bracia Andrzej i Zbigniew Gałkiewiczowie ujawnili, że jesienią 2002 r. politycy i działacze piłkarscy namówili ich do sponsorowania pierwszoligowego Widzewa, m.in. w zamian za obietnicę zalegalizowanie zbudowanych niezgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego hal targowych w Rzgowie.

Andrzej Gałkiewicz: - Andrzej Pawelec i Mirosław Czesny [ówcześni właściciel Widzewa i prezes klubu - red.] przekonywali: "Jeśli jest pan w klubowej loży VIP-ów, nikt nie powinien pana męczyć". Gałkiewicz twierdzi, że Czesny kazał jego bratu spisać na kartce "jakie problemy ma, a mieć nie chce". Pawelec i Czesny mieli się przy tym powoływać na znajomość z premierem Leszkiem Millerem, znanym kibicem Widzewa.

- To pomylenie interpretacji - bronił się wczoraj Mirosław Czesny na konferencji prasowej w szczecińskim magistracie. - Byłem przeciwny rozmowom z Gałkiewiczami. To nielogiczne, bym zabiegał o drugiego inwestora dla Widzewa, mając już wszystko dogadane z panem Antonim Ptakiem.

Czesny przyznał, że dwukrotnie spotykał się z braćmi.

- W październiku zwołałem posiedzenie rady nadzorczej klubu i zgłosiłem propozycję, by pan Ptak został inwestorem strategicznym. Rada zaopiniowała to pozytywnie. Tuż po spotkaniu rady Pawelec zaproponował spotkanie z Gałkiewiczami. Była to firma konkurencyjna dla Ptaka [który też ma hale w Rzgowie - red.], dlatego przystałem na nie niechętnie. Rozmowa odbyła się w obecności Pawelca, jednego z braci i jego małżonki. Biznesmen zadeklarował duże kwoty [3 mln zł - red.], z tym że w zamian chciał rozwiązać kilka problemów.

Rozmowa druga odbyła się w obecności wiceprezesa Jacka Dzieniakowskiego i jednego z braci, który przedstawił spisane na kartce dwa lub trzy punkty do rozwiązania. Chodziło m.in. o zalegalizowanie jego hal.

"Gazeta": - Czy to pan kazał Gałkiewiczom spisać na kartce, jakie mają problemy?

Czesny: - Na pierwszym spotkaniu wymienili sprawy, w których oczekiwali pomocy. Od ich załatwienia uzależniali możliwość sponsorowania klubu. Ja od razu mówiłem, że to wykracza poza moje kompetencje. Ale jeden z moich kolegów stwierdził, że zastanowimy się nad tym na spokojnie. Wtedy zaproponowałem, żeby sprecyzowali swoje oczekiwania i spisali je na kartce, byśmy dokładnie wiedzieli, o co im chodzi. To było na pierwszej rozmowie. Na drugie spotkanie Gałkiewicz przywiózł luźną kartkę, na której były dwa czy trzy punkty i powiedział: "Proszę się zastanowić, czy jesteście w stanie to zrealizować". I na tym temat się skończył. W połowie listopada zostałem odwołany ze stanowiska prezesa rady nadzorczej i nigdy więcej nie widziałem Gałkiewiczów na oczy [umowę z Polrosem Widzew podpisał dopiero w grudniu 2002 r. - red.].

"Gazeta": - Czy na którymś ze spotkań z Gałkiewiczami powoływał się pan na znajomość z Leszkiem Millerem?

Czesny: - Nigdy nie powołuję się na żadne znajomości.

-"Gazeta": - Nie naciskał pan na właścicieli Polrosu, by wpłacili pieniądze na klub przed zalegalizowaniem hal?

Czesny: - Ja z nimi nie podpisywałem żadnej umowy i za mojej bytności w Widzewie żadne pieniądze od nich do klubu nie wpłynęły.

Wiceprezydent Szczecina zapewnił, że nie był przesłuchiwany przez ABW, ale jest do jej dyspozycji. Zapowiedział, że nie rozważa dymisji w związku z tą sprawą.

(Jerzy Połowniak)

Autor: gazeta.pl