Czy można było uratować zakatowane niemowlę?
Treść
Czteromiesięczny Alex, zgwałcony i zakatowany na śmierć przez przyjaciela swojej matki, prawdopodobnie żyłby, gdyby system opieki społecznej działał prawidłowo
Niemowlę zmarło w sobotę w szczecińskim szpitalu dziecięcym przy ul. św. Wojciecha, pół godziny po tym, jak przyniósł go tam Grzegorz M. - partner matki dziecka (w pierwszych dniach po tragedii przedstawiany był jako jego ojciec). Lekarzom powiedział, że dzień wcześniej maluszek wypadł z wanienki. Szokujące wyniki sekcji zwłok mówiły co innego: gwałt, obrażenia głowy, nóżka złamana w trzech miejscach, złamanych 13 żeber. Prokuratura postawiła Grzegorzowi M. zarzut zabójstwa i gwałtu. Jak mogło dojść do tej tragedii? Czy nikt nie wiedział co dzieje się w domu Alexa?
Kto mówi prawdę?
Chłopczyk urodził się 26 października w szpitalu na Pomorzanach jako wcześniak. Ważył 750 g. Miał martwicę jelit, niewydolność krążenia, zapalenie płuc. Przez trzy miesiące lekarze walczyli o jego życie. Matka Elżbieta P. i jej partner Grzegorz M. odwiedzali go sporadycznie. Lekarze podejrzewali, że M. bierze narkotyki. Dlatego 21 stycznia, na tydzień przed wypisaniem Alexa do domu, zaalarmowali pielęgniarkę społeczną. Ta powiadomiła o wszystkim dzielnicowego i Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie.
- Drugi raz dzwoniłam do tych instytucji 27 stycznia, kiedy matka zabrała już dziecko ze szpitala - mówi Arleta Grysak, pielęgniarka społeczna z Pomorzan.
Irena O. z MOPR-u, do której dzwoniła pielęgniarka środowiskowa, była we wtorek nieuchwytna.
- Pielęgniarka nie mówiła nam nic o zagrożeniach - twierdzi Iwona Klimowicz, przełożona Ireny O. - Alarmowała tylko, że rodzice nie interesują się dzieckiem, a za tydzień ma ono wypis. Dlatego nasza pracownica skontaktowała się z matką Alexa, żeby ustalić, czy odbierze dziecko ze szpitala. Ta zapowiedziała, że tak.
Dodaje, że 27 stycznia pielęgniarka społeczna również nie wspominała nic o zastrzeżeniach wobec opiekunów maluszka. - Doprowadzę do konfrontacji pielęgniarki i mojej pracownicy - zapowiada Klimowicz. - Jeśli zaniedbała obowiązki, to wyciągnę konsekwencje.
Po 27 stycznia nikt z MOPR-u nie odwiedzał już domu Alexa.
Nic podejrzanego
A może błąd popełnił szpital, który wydał chłopca rodzicom? Skoro lekarze mieli podejrzenia, że dziecko może trafić w złe ręce, to czemu nie zawiadomili sądu rodzinnego?
- Nie przypuszczaliśmy, że skończy się to tragedią - mówi Jacek Rudnicki, ordynator noworodków z Kliniki Położnictwa i Perinatologii. - W dwóch podobnych przypadkach sąd nakazał nam wydać dzieci rodzicom.
Po odebraniu dziecka ze szpitala matka zobowiązała się, że poinformuje swoją przychodnię o narodzinach syna, ale nigdy tego nie zrobiła (zrobił to szpital). 4 lutego dziecko odwiedziła położna z przychodni przy ul. Staromłyńskiej. Nie zauważyła niczego podejrzanego poza tym, że w domu była bieda. Kierownik przychodni Barbara Łączyńska zapewnia, że położna nakazała matce przyjść na wizytę kontrolną do lekarza w ciągu tygodnia. Ta jednak tego nie zrobiła. 11 lutego ponownie wybrał się do niej lekarz z pielęgniarką. Nikt nie otworzył im drzwi.
- Ze swej strony zrobiliśmy wszystko - zapewnia Łączyńska.
Nie udało nam się skontaktować z dzielnicowym P., którego na tydzień przed powrotem Alexa do domu zaalarmowała pielęgniarka społeczna. Poinformował on szpital, że nie zastał nikogo w mieszkaniu przy ul. Małkowskiego. Twierdzi, że ostawił w drzwiach karteczkę.
Sąd się nie wahał
Szczeciński sąd aresztował we wtorek przed południem na trzy miesiące Grzegorza M. (27 lat) podejrzanego o zabójstwo i gwałt na czteromiesięcznym Aleksie. Zarzucono mu też nielegalne posiadanie amunicji.
Matka dziecka (31 lat), także aresztowana, odpowie za nieudzielenie pomocy dziecku i posiadanie narkotyków.
Posiedzenie aresztowe sądu było zamknięte dla dziennikarzy.
Diabeł z Małkowskiego
W pierwszych publikacjach na temat tragedii Grzegorz M. był przedstawiany jako ojciec zamordowanego Aleksa. Prawdopodobnie tak się przedstawił w szpitalu na ul. Wojciecha. Jednak wiele wskazuje na to, że ojcem Aleksa jest były mąż matki Aleksa. Nieoficjalnie wiadomo, że Grzegorz M. w swoim otoczeniu mówił, że zabije dziecko, jeśli okaże się, że nie jest jego. Jak się dowiedziała "Gazeta", jego przyjaciółka złożyła pozew alimentacyjny i wniosek o ustalenie ojcostwa do sądu. Jako ojca Aleksa wskazała nie Grzegorza M., lecz swojego eksmęża.
Grzegorz M. jest dzieckiem pracowników naukowych jednej ze szczecińskich uczelni. Od wielu lat nie mieszkał z rodzicami, przed kilkoma laty zerwał też kontakt ze swoimi dawnymi kolegami. Narkotyzował się amfetaminą, pokrył ciało i głowę tatuażami, leczył się psychiatrycznie. W swoim otoczeniu miał przezwisko "Diabeł". Nie wiadomo skąd brał pieniądze na życie i narkotyki, bo nigdy nie miał stałej pracy.
(Gabriela Wrotniewska, Adam Zadworny)
Autor: Gazeta.pl