Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Dwa zwycięstwa Małysza w Zakopanem

Treść

Ja już nie wiem, co mówić. Ci ludzie w Zakopanem są najlepsi na świecie - mówił pod Wielką Krokwią Adam Małysz. Ci najwspanialsi ludzie przeżyli jego cztery fantastyczne loty i dwa wielkie zwycięstwa Polaka, który jest już wiceliderem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Zakopane to specjalne miejsce Małysza od 2002 roku, gdy Puchar Świata wrócił na Wielką Krokiew. Zawsze przyjeżdżał w Tatry w poszukiwaniu formy i zawsze wiernie tu na niego czekała. Wiernie jak jego fani. Ich entuzjazm niósł go nad skocznią dalej niż gdziekolwiek indziej. Tu zdobywał natchnienie do walki o olimpijskie medale i tytuły mistrza świata.

Jeju, tego jeszcze nie widziałem

Tym razem było inaczej. Małysz w Zakopanem formy nie szukał. On ją miał. Fantastyczne loty na treningach i w kwalifikacjach były świadectwem, że jeśli Polak wytrzyma presję, to wygra. Wszyscy powtarzali sobie, że skoro w 2003 r. był tu dwa razy trzeci, a w 2004 dwa razy drugi, to teraz może być tylko dwa razy pierwszy. Tylko czy wytrzyma. Ciśnienie wyczekiwania jego fantastycznych fanów było tak wielkie, że mogło zmiażdżyć psychicznie najsilniejszego. I Małysz sam przyznał, że przed pierwszym sobotnim skokiem czuł się trochę przytłoczony. Ludzie marzli (18 stopni poniżej zera) kilka godzin na Wielkiej Krokwi dla niego.

- Popełniłem błąd, udzieliły mi się emocje, ale jak mogły się nie udzielić - mówił potem. - To dobrze, niech zobaczy, co ja czuję - żartował, gdy ktoś opowiadał mu po sobotnich zawodach, że jego teściowej trzęsły się przed skokami łydki.

Ale potem Polak szybko odzyskał spokój, wygrał ex aequo z Roarem Ljoekelsoeyem. Miał zresztą od Norwega dłuższe skoki, ale sędziowie dali mu niższe noty za styl.

Po pierwszym, średnim skoku Polak zajmował drugie miejsce ze stratą 1,9 pkt. do Norwega. Tłum falował. Czerwone od flag trybuny kontrastowały z ośnieżonymi świerkami, tworząc wielką, biało-czerwoną płaszczyznę. Huk był nie do wytrzymania. Skaczący w finałowej serii przed Małyszem Fin Risto Jussilainen zawiódł. - Za bardzo chciałem. Jeju! Nie widziałem nigdy tylu ludzi tak zwariowanych na punkcie skoków - mówił potem Jussilainen.

Echo niosło Ljoekelsoeya

Na górze zostało tylko dwóch skoczków. Małysz, niesiony ogromnym hukiem, leciał i leciał. Zmęczony, wyczerpany kilkunastostopniowym mrozem tłum jeszcze raz dał z siebie wszystko. Adam nie zawiódł, pokazał, jakim jest sportowcem. Podczas gry w drugiej serii nikt, oprócz lidera klasyfikacji PŚ Janne Ahonena, nie przekroczył 125 metrów, on wylądował na 131! Ale w ułamku sekundy wszyscy zadrżeli. Oto w miejscu lądowania Małysza był miękki śnieg. Przy prędkości dochodzącej do 100 km/godz. nartami zachwiało. Niektórzy zamknęli oczy, bo już widzieli Adama na ziemi. Ale ustał. Za zachwiane lądowanie sędziowie odjęli mu po 1,5 albo i dwa punkty.

Wiwatom nie było końca. - Wiedziałem, że skoczył daleko. Wiedziałem, że będzie mi piekielnie trudno. Ale i mnie poniosło to echo, które dało wygraną Adamowi - mówił Ljoekelsoey. - Powiedziałem sobie wtedy, jeszcze na górze: "Trudno, idę na całość, chcę skoczyć jak najlepiej. Co będzie, to będzie".

I Norweg frunął. Ludzie wstrzymali oddech. Kiedy dotknął ziemi, nastąpiła eksplozja. Radości. 128 metrów Norwega to o trzy mniej niż Małysz. Ale Ljoekelsoey miał wyższe noty. Bo on lądował bezbłędnie. Kiedy na wielkim telebimie pokazało się, że to on zajął pierwsze miejsce, trybunami wstrząsnął jęk zawodu. Nie skończył się jeszcze, bo spiker wydarł się: „Małysz pierwszy!!!! Zajął pierwsze miejsce razem z Ljoekelsoeyem!!! Mają identyczne noty!!! ]". - Dziękuję wam bardzo. Dziękuję! - tylko tyle wykrztusił wyraźnie wzruszony Małysz. - Jeszcze nigdy nie byłem pierwszy razem z kimś innym - dodał.

Potem, podczas dekoracji, oddał Roarowi puchar za pierwsze miejsce, a sam wziął ten za drugie (organizatorzy nie mogli być przygotowani na to, że zwycięzców będzie dwóch).

Małysz ląduje, ziemia się trzęsie

Ale Zakopane to niesamowite miejsce. Tu dzieją się rzeczy nieprawdopodobne. I działy się nie tylko pod Wielką Krokwią. Gdy Adam Małysz zachwiał się podczas lądowania, na policji rozdzwoniły się telefony. Interweniowali właściciele karczm i pensjonatów. Ale nie skarżyli się na rozweselonych fanów. - Odebraliśmy wiele sygnałów o trzęsieniu ziemi - informował dyżurny zakopiańskiej policji. - Zachwiało się wiele budynków, ale na szczęście nikomu nic się nie stało.

Wstrząsy sejsmiczne w Zakopanem potwierdziło Centrum Zarządzania Kryzysowego Wojewody Małopolskiego.

- Zatrzęsło około godziny 18 - przyznał Roman Czapkowski dyżurujący w sobotni wieczór w centrum. - W niedzielę można spodziewać się wstrząsów wtórnych. - Pewnie znów, jak nasz Adaś będzie lądował - niepokoił się 23-letni Mariusz, kibic z Poznania, który już o godz. 9 zameldował się pod Wielką Krokwią.

Nie było powodu do niepokoju. Po sobotnim zwycięstwie presja odeszła. W niedzielę Małysz był zupełnie odprężony, spokojny i nawet trzęsienie ziemi nie było w stanie wyprowadzić go z równowagi. - Czułem duży luz - przyznał. W kwalifikacjach skoczył najdalej, a w konkursie dotrzymywała mu kroku tylko publiczność.

Dmucha pod narty

W niedzielę jeszcze wspanialej bawiono się pod Wielką Krokwią, bo temperatura osiem stopni poniżej zera nie przymroziła ludzi do ziemi, nie zapierała tchu w piersiach. A Małysz latał najlepiej i najdalej. W pierwszej serii jako jedyny przekroczył granicę 130 metrów (132) i miał 7,8 pkt. przewagi nad odradzającym się Janne Ahonenem. Ale transparent ("Not at our home, Janne") gwarantował, że Fin będzie jednak tylko tłem dla Małysza. Tak jak Ljoekelsoey.

Przed drugą serią sędziowie podnieśli rozbieg o dwie belki i było jasne, że rywalom będzie łatwiej odrabiać duże straty. Ale wszyscy na skoczni byli absolutnie spokojni. Bo kto mógł zagrozić Małyszowi w takiej formie?

W drugiej serii loty były dłuższe, konkurs efektowniejszy, ale główny bohater się nie mógł zmienić. Nawet 132 metry, które uzyskał Ahonen, nikogo nie zaniepokoiły. Małysz spokojnie skoczył tyle samo i zdecydowanie zwyciężył ]. Całował narty, podnosił je do góry, dziękował kibicom, podkreślając, że już nie może znaleźć słów. Potem dodał, że nawet poza Zakopanem czuje wielkie wsparcie. - Gdy was nie ma na skoczni, to i tak dmuchacie mi pod narty - dodał.

Potem mówił już o mistrzostwach w Oberstdorfie, gdzie będzie bronił dwóch tytułów najlepszego skoczka świata (na skoczniach K-90 i K-120): - Mam nadzieję, że forma w Zakopanem zaskoczyła i że taka już zostanie do mistrzostw - powiedział Małysz.

To za niespełna trzy tygodnie. Reprezentacja Polski nie pojedzie na zawody Pucharu Świata w Japonii, potem wystartuje we Włoszech (skocznia olimpijska w Pragelatto koło Turynu) i wreszcie pojedzie do Niemiec.

Autor: gazeta.pl