Górnicy w Warszawie
Treść
Górnicy użyli koktajli Mołotowa, metalowych śrub, kamieni, płonących pochodni. Policja - wody i gazu. Ośmiu mundurowych jest w szpitalu, trzech z poważnymi ranami. Ranni są także górnicy.
Parking naprzeciwko stadionu Legii Warszawa - punkt zbiórki manifestantów. Kwadrans przed godz. 11 jest tu już 5 tys. tys. ludzi, a kolejne autokary ciągle podjeżdżają. Grupka znudzonych protestujących ogląda przez płot trening piłkarzy Legii.
Mija godz. 11 - planowany czas rozpoczęcia manifestacji. Ludzie chcą iść, ale organizatorzy ich powstrzymują. - Czekajcie cierpliwie do 12. Żeby wszyscy poszli razem - woła przez megafon jeden z nich. Nim wybije 12, ludzie sami ruszą kilka razy. Porządkowi z trudem ich zatrzymują po kilkudziesięciu metrach. - Złodzieje, złodzieje - wydobywa się z kilku tysięcy gardeł.
Płonie policjant
W końcu górnicy ruszają. Porządku ma pilnować kilkudziesięciu mężczyzn w białych kamizelkach z nazwami związków zawodowych. Po kwadransie czoło pochodu dochodzi do siedziby SLD na ul. Rozbrat. - Złodzieje, złodzieje - cały czas skanduje tłum. Z tyłu budynku kryją się policjanci i straż pożarna - jeszcze nie będą interweniować. Tłum idzie dalej, ale co chwila w stronę budynku lecą grudy ziemi, jajka z farbą, kamienie, petardy. Pękają szyby na pierwszym i drugim piętrze. Kilka wybuchów rozsadza drzwi wejściowe do budynku.
Gdy końcówka siedmiotysięcznego pochodu jest jeszcze na Rozbrat, czoło dochodzi do pl. Trzech Krzyży. Tutaj, między luksusowymi biurowcami i zabytkowymi kamieniczkami, ma swoją siedzibę Ministerstwo Gospodarki, Pracy i Polityki Pieniężnej. Tutaj zaczyna się bitwa.
Kilkuset manifestantów szturmuje biurowiec ministerstwa. Rzucają kije, kamienie, płonące pochodnie. Już wiadomo, co trzymali w górniczych kaloszach, które nieśli ze sobą. Wyciągnięte z nich butelki z benzyną lecą w stronę policjantów.
Kilkudziesięciu funkcjonariuszy jest w pułapce. Za nimi ściana gmachu. W górę leci szkło z rozbitych szyb. Z przodu wściekły tłum, który z łatwością roznosi ochronne barierki. Koktajle Mołotowa wybuchają pod nogami policjantów, którzy nie mają się gdzie cofnąć. Jeden z nich płonie jak pochodnia.
Koledzy gaszą policjanta. Nikt nie gasi palących się kwiatów i śmietników. Po raz pierwszy tego dnia policjanci wystrzeliwują granaty z gazem łzawiącym. Po raz pierwszy uruchamiają armatki wodne. Po raz pierwszy wyją syreny karetek pogotowia. - Gdzie jest demokracja? - wrzeszczy jeden z manifestantów. Z jego głowy leci strużka krwi.
Starcia na placu Trzech Krzyży trwają pół godziny. Policjanci z trudem opanowują sytuację. Lekarze na mokrej jezdni opatrują zakrwawionych ludzi. Tłum się rozdziela. Część - jak zaplanowano - idzie pod gmach Sejmu. Część wbrew wcześniejszym ustaleniom kieruje się w Aleje Ujazdowskie. 500 metrów dalej jest ambasada USA. Flaga na froncie jest opuszczona do połowy - dziś druga rocznica zamachów w Nowym Jorku. Policja się wycofuje. Ludzie nie zauważają ambasady, idą dalej Alejami pod siedzibę rządu.
Atak na ambasadę Rosji
Dochodzą tam 70 minut po rozpoczęciu demonstracji. To ostateczny cel manifestantów. Dostępu bronią barierki i setki białych hełmów za plastikowymi tarczami. Wyją syreny wozów straży pożarnej - na wszelki wypadek.
Jednak tłum mija urząd, przechodzi obok Belwederu. Petardy eksplodują przed położoną kilkaset metrów dalej ambasadą Rosji. Lecą szyby.
Przed siedzibą rządu zatrzymuje się tylko końcówka pochodu. Znowu lecą petardy i kamienie. Znowu widać płomienie wybuchających koktajli Mołotowa. Co chwila ktoś próbuje rozerwać metalowe barierki. Co kilka minut ludzie szarżują na kordon policji. Policjanci bronią się gazem i wodą. Zaczyna padać deszcz.
O godz. 13.30 - półtorej godziny przed planowanym zakończeniem -słychać głos z megafonu: - Tu policja. Ta manifestacja jest teraz nielegalna.
Zagłusza go inny megafon: - Wyjdź, pokaż się ty sk...
Pół godziny trwa pat. W końcu pochód się cofa. Do autokarów wracają środkiem Trasy Łazienkowskiej. Jeszcze ostatnie starcie z policją, ostatnie strugi z armatek wodnych. Po godz. 14 pierwsze autokary z manifestantami odjeżdżają. Eskortują je radiowozy.
Gazeta Wyborcza 11-09-2003
Autor: IAP