Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Kerry pewnym kontrkandydatem Busha

Treść

Koniec demokratycznych prawyborów w USA. John Kerry jest już faktycznym kandydatem Partii Demokratycznej na prezydenta i rozpoczyna kampanię przeciwko George'owi Bushowi

Kerry zmiótł swych rywali podczas wtorkowych prawyborów w dziesięciu stanach USA. Jego najpoważniejszy rywal John Edwards w środę wycofa się z wyścigu. Choć prawybory trwać będą nadal, ich wynik jest już przesądzony - Kerry w sierpniu odbierze nominację na swej partii na kandydata na prezydenta.

Kerry wygrał ostatniej nocy w dziewięciu z dziesięciu głosujących tego dnia stanów - przede wszystkim w kluczowych dla każdego polityka stanach Kalifornia i Nowy Jork. Kandydat na prezydenta, który nie jest w stanie wygrać prawyborów w tych dwóch stanach, nie może potem liczyć na wygraną w wyborach powszechnych.

W większości stanów Kerry znokautował rywali zbierając w wielu miejscach 60-70 proc. głosów. Wygrał - choć minimalnie - nawet w Georgii, w której Demokraci przeważnie popierają przedstawicieli konserwatywnego skrzydła tej partii i w której Kerry'emu nie dawano większych szans. Kerry zgarnął ten stan dzięki głosom czarnych Amerykanów. Biali Demokraci głosowali na Edwardsa.

Wtorkowe głosowanie znane jest w amerykańskiej polityce - ze względu na swe znaczenie - jako Super Wtorek. Kerry, wyraźnie zaskoczony rozmiarami swej wygranej, śmiał się, że "ten wtorek naprawdę jest super".

Senator z północnej Karoliny John Edwards zdecydował się złożyć broń. Wielu politologów uważa, że Edwards poważnie liczy na propozycję Kerry'ego startu u jego boku na stanowisko wiceprezydenta. Na Edwardsa głosuje bowiem konserwatywne i religijne skrzydło Partii Demokratycznej, którego głosy będą się dla Kerry'ego liczyć wprost na wagę złota.

Prawybory jeszcze się nie skończyły, bowiem głosować muszą jeszcze wyborcy kilkunastu stanów. W wyścigu pozostaje nadal dwóch pomniejszych i nie liczących się kandydatów. Co więcej - na listach wyborczych nadal figuruje były gubernator Vermont Howard Dean, który z wyścigu wycofał się dwa tygodnie temu. We wtorek Dean wygrał nawet w swym rodzinnym Vermont, choć zwycięstwo to nie ma już żadnego wpływu na przebieg demokratycznych prawyborów.

Kerry od razu rozpoczął kampanię przeciwko George'owi Bushowi. Według komentatora telewizji CNN Boba Greenfielda pierwszym zadaniem zwycięzcy prawyborów jest zjednoczenie partii - i Kerry to uczynił dziękując ostatniej nocy swym wszystkich rywalom. Jego zwolennicy wspaniałomyślnie klaskali i gwizdali, gdy rozpromieniony Kerry mówił o Edwardsie i Deanie.

Senator z Bostonu od razu przedstawił najważniejsze punkty swej kampanii wyborczej. Jako prezydent Kerry zamierza więc zlikwidować obniżki podatków zapoczątkowane przez Busha i przeznaczyć zarobione w ten sposób pieniędze na reformę służby zdrowia i systemu emerytalnego oraz podwyższenie minimalnej pensji.

Nie ma wątpliwości, że obok gospodarki najważniejszym tematem tegorocznej kampanii będzie polityka zagraniczna - i jej właśnie Kerry poświęcił sporą część swego zwycięskiego środowego wystąpienia nad ranem czasu polskiego. - Wrócimy do międzynarodowej wspólnoty narodów - zapowiedział Kerry, który w ostatnich tygodniach wielokrotnie potępił Busha za kłótnie z europejskimi sojusznikami. - Odbudujemy stare i zawiążemy nowe sojusze, bowiem tylko w ten sposób możemy wygrać wojnę z terroryzmem.

Wykonując ukłon w stronę najbardziej liberalnego skrzydła partii i w stronę silnie popierających go związków zawodowych Kerry zapowiedział także, że wprowadzi przepisy podatkowe zniechęcające firmy do przenoszenia miejsc pracy poza granice USA. Wiele firm zamyka swe biura i fabryki w USA i otwiera nowe w Azji, gdzie siła robocza jest wielokrotnie tańsza.

Zdaniem Kerry'ego niezwykle ważne będzie również uruchomienie alternatywnych źródeł zdobywania energii, co ma uniezależnić Amerykę od dostaw zagranicznych surowców: - Utworzymy w ten sposób pół miliona nowych miejsc pracy i spowodujemy, że młodzi Amerykanie w mundurach nigdy więcej nie będą już musieli umierać za bliskowschodnią ropę.

(Bartosz Węglarczyk)

Autor: Gazeta.pl