Koniec dramatu Jerzego Kosa
Treść
- Odbili mnie żołnierze z flagami USA na mundurach - mówił na lotnisku Okęcie Jerzy Kos, porwany i odbity w Iraku dyrektor bagdadzkiego biura Jedynki Wrocławskiej.
Akcja trwała dwie-trzy minuty, usłyszałem strzały, wybuch - opowiadał Kos. Żołnierz, który wszedł do pomieszczenia, powiedział "Don't worry, we are Americans". - Nie słyszałem polskiego, żołnierze mówili po angielsku.
W trakcie akcji usłyszał odgłos eksplozji wysadzanych drzwi, a potem helikoptery. Jeden z nich przetransportował go do amerykańskiej bazy.
Kos znajdował się w pomieszczeniu razem z wcześniej uprowadzonymi Włochami. Dołączył do nich dwa dni po porwaniu, czyli 3 czerwca.
Według naszych źródeł Kosa trzymano w kompleksie magazynów i bunkrów na przedmieściach Bagdadu. Więźniowie byli przerzucani z miejsca na miejsce. Kos twierdzi, że wszystko wskazywało na to, że porywacze chcą go zabić. W pobliżu byli przetrzymywani dwaj Irakijczycy, ochroniarze przedstawicielstwa Jedynki, którzy również zostali porwani.
Dyr. Kos dziękował wszystkim, którzy przyczynili się do odbicia go. Twierdził, że nie był maltretowany, ale warunki, w jakich go trzymano, były ekstremalne. Już na początku zatruł się żywnością podawaną przez porywaczy.
Wiceminister obrony Janusz Zemke powiedział w Radiu TOK FM, że wywiad koalicji zlokalizował zakładników, a wielkie znaczenie miały informacje uzyskane przez WSI.
Z kolei nasz informator twierdzi, że polski wywiad przekupił ludzi, którzy znali miejsca przetrzymywania zakładników. Dzięki temu komandosi
znali rozkład pomieszczeń i siłę ochrony. - W czasie akcji dwóch strażników zostało zabitych - dodał. Porywacze najprawdopodobniej należeli do grupy przestępczej specjalizującej się w porwaniach dla okupu.
(Paweł Wroński, Marcin Kuźmicz)
Autor: gazeta.pl