Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Kontrakty pod prądem

Treść

Czy będziemy kupować prąd od banków? Banki coraz bardziej otwarcie grożą, że zażądają zwrotu kredytów od elektrowni. Mogą w ten sposób przejąć nad nimi kontrolę

Rząd chce rozwiązać tzw. kontrakty długoterminowe (KDT) - wieloletnie umowy elektrowni z Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi (PSE) na dostawę prądu. Zmusza go do tego Komisja Europejska, bo uniemożliwiają one uwolnienie rynku elektryczności w Polsce (obejmują połowę rynku).

Kontrakty w latach 90. odegrały bardzo ważną rolę. To dzięki nim banki zgodziły się udzielić elektrowniom ogromnych, długoletnich kredytów na modernizację. Gwarantowały one bowiem, że elektrownie będą dostawać pieniądze za prąd przez lata.

Teraz banki grożą, że w razie rozwiązania kontraktów zażądają zwrotu kredytów, czyli postawią długi w stan natychmiastowej wykonalności. Mogą skorzystać z tzw. event of default (niedotrzymanie istotnych warunków umowy).

Na samo to słowo zarządom elektrowni cierpnie skóra - dla niejednej z nich oznaczałoby to przejęcie kontroli nad działalnością elektrowni przez bank. To byłoby trzęsienie ziemi na polskim rynku elektroenergetycznym.

Granice cierpliwości

Banki wypowiadają się coraz twardziej. - Zerwanie KDT bez zgody lub w formie nieakceptowanej przez wszystkie strony, a więc i banki, umożliwi ogłoszenie "event of default" - mówi "Gazecie" Michał Unton z Kredyt Banku.

- Rozważamy ogłoszenie "event of default", co wcale nie oznacza, że na pewno te umowy wypowiemy. Musimy jednak rozważać wszystkie możliwe kroki, żeby zabezpieczyć interesy banku - wtóruje mu Andrzej Kopyrski, dyrektor zarządzający Banku BPH.

W podobny tonie wypowiada się BGK. - Kontrakty to podstawowe zabezpieczenie spłaty kredytów - twierdzi Maciej Tekielski, rzecznik prasowy banku. BGK ogłosi "event of default", gdy to samo uczynią inne banki.

Potwierdza to Kopyrski: - Grozi nam efekt domina. Bank mocno osadzony w realiach polskiej gospodarki, jak BPH, dwa razy się zastanowi. Ale inaczej jest z bankiem zagranicznym, mającym w Polsce raptem kilka kredytów. Wystarczy, że jeden taki bank "wyciągnie wtyczkę", a za nim ruszą kolejne, niejako zmuszone do podjęcia kroków zabezpieczających ich interesy.

Wśród wierzycieli elektrowni znajdują się prawie wszystkie duże polskie banki oraz zagraniczne, jak UBS, Dresdner Kleinwort czy Wasserstein London.

Elektrownie: bez kredytów

Zamieszanie wokół KDT już teraz przyniosło negatywne efekty: banki wstrzymują się z dalszym finansowaniem elektrowni, co krzyżuje ich plany modernizacji.

- Południowy Koncern Energetyczny rozpoczął przygotowania do budowy bloku w elektrowni Łagisza. Przedłużające się prace nad rozwiązaniem problemu kontraktów powodują, że spada wiarygodność energetyki wobec banków. W związku z tym instytucje finansowe nie chcą udzielać wytwórcom kredytów na dalsze inwestycje - mówi "Gazecie" Joanna Strzelec-Łobodzińska, wiceprezes PKE.

Według symulacji Południowego Koncernu Energetycznego w pierwszych latach po likwidacji PKE będzie on generował straty. - Wynik spółki może pogorszyć się nawet o kilkaset milionów złotych. Program redukcji kosztów może okazać się niewystarczający - uważa wiceprezes PKE.

Banki potwierdzają: - Napływające złe sygnały powodują, że zainteresowanie banków finansowaniem sektora kurczy się. A on cały czas potrzebuje wielu miliardów złotych koniecznych dla modernizacji - mówi Andrzej Kopyrski z BPH.

Nie tylko PKE jest zaniepokojony. - Nasi wierzyciele postawili warunek, że jeśli kontrakty zostaną unieważnione, cały kredyt stanie się wymagalny. Do tego jeszcze dojdą koszty zakończenia umowy kredytowej, bardzo istotne - powiedział "Gazecie" Paul Rosengren, rzecznik amerykańskiego koncernu PSEG Global, inwestora w supernowoczesnej elektrowni w Chorzowie.

Wtóruje mu np. Jerzy Przyłucki, rzecznik elektrowni Opole. Spółka wzięła 92 mln zł kredytu na budowę dwóch bloków i instalacji odsiarczania spalin. Modernizacja elektrowni Bełchatów pochłonęła aż 1,2 mld zł kredytu.

Czas upływa

Rząd już od ponad roku planuje rozwiązanie KDT. Miało to nastąpić za pomocą ustawy, która dawała elektrowniom rekompensatę - blisko 15 mld zł. Pieniądze pochodziłyby z emisji obligacji spółki-córki PSE, która następnie wykupiłaby je za pieniądze płacone przez klientów w rachunkach. Ten plan zablokowała jednak Komisja Europejska, która uznała, że może zawierać on niedozwoloną pomoc publiczną.

Komisja Europejska w tym tygodniu wyśle do Warszawy formalne ostrzeżenie w sprawie opóźnień w uwalnianiu rynków prądu i gazu. Rząd jest pod presją banków i elektrowni z jednej strony oraz Brukseli z drugiej. Ponownie liczy więc wielkość rekompensaty należnej za zerwanie KDT. Tym razem zgodnie z unijną metodologią.

Jak dowiedziała się "Gazeta", pierwsza wersja tych nowych wyliczeń miała być gotowa jeszcze w zeszłym tygodniu. - Kierunkowe rozwiązania zostaną przyjęte w środę na posiedzeniu zespołu ds. rynku energetycznego. W lipcu będzie gotowa rządowa autopoprawka do ustawy o likwidacji KDT - powiedział "Gazecie" wiceminister gospodarki Jacek Piechota.

Może się okazać, że kwoty rekompensaty - już po ponownym wyliczeniu - będą podobne do tych, które zaproponowano w pierwszym, rządowym projekcie (15 mld zł). Spór bardziej dotyczył sposobu wypłacania rekompensaty niż jej kwoty.

Brukseli zależy przede wszystkim na tym, żeby wypłacić rekompensaty tylko tym elektrowniom, których sytuacja poważnie się pogorszy po rozwiązaniu KDT. Zdaniem Komisji gdy elektrownia osiąga zyski, to przekazywanie jej pieniędzy na podstawie ustawy (choć nie z państwowej, kasy tylko z kieszeni konsumentów) będzie niedopuszczalną pomocą publiczną.

Komisja chce mieć więc gwarancje, że na samym początku elektrownia nie dostanie za dużo, a po korzystnej zmianie cen rynkowych odda to, co dostała. Podejście logiczne, ale kto może dziś przewidzieć ceny energii? To jak wróżenie z fusów.

Niespójna Komisja

Żeby jeszcze bardziej zagmatwać sprawę, stanowisko Brukseli jest... wewnętrznie sprzeczne. Z jednej strony domaga się ona liberalizacji polskiego rynku energetycznego (a to oznacza likwidację KDT), z drugiej strony coraz częściej wspomina o konieczności inwestycji w nowe moce wytwórcze.

- Jeżeli wszystkie te elementy złoży się razem, to trzeba zapytać, czy rzeczywiście likwidacja kontraktów jest korzystna. Nie ma w Unii kraju, który miałby w pełni zliberalizowany rynek - konkluduje Andrzej Kopyrski z Banku BPH.

(Konrad Niklewicz)

Autor: gazeta.pl