Lenny Kravitz: Mam to po mamie
Treść
Piętnaście lat minęło... Swoją debiutancką płytę wydał w 1989 roku. Okrągła rocznica rozpoczęcia artystycznej działalności, nowy album i zbliżająca się wizyta w Polsce (26 czerwca, warszawskie lotnisko Bemowo) to wystarczające powody, żeby przypomnieć kilka bardziej i mniej znanych faktów z jego życia. No, to siadać dzieci. Temat lekcji: Lenny Kravitz. Powtórzenie.
Zaczniemy jak w porządnej biografii. Leonard Kravitz urodził się 26 maja 1964 roku w Nowym Jorku. Ojciec, Sy Kravitz, był producentem telewizyjnym, matka, Roxie Roker, pochodząca z Bahamów – aktorką (grywała na Broadwayu, ale największą popularność przyniosła jej rola Helen Willis w serialu The Jeffersons). Rodziców Lenny'ego dzielił kolor skóry, a także religia: Roxie była katoliczką, Sy – Żydem. Co życia chłopcu nie ułatwiało. Koledzy w szkole niby straszni nie byli, ale... To była sytuacja w stylu: jest sobie kolorowy dzieciak, z ogromnym afro na głowie i przymocowaną do niego jarmułką. Wszyscy się zastanawiali, co jest grane? – zwierzał się Lenny.
Pięć lat. Tyle miał, kiedy postanowił, że zostanie muzykiem. Edukację zaczął od klasyków… jazzu. Miles Davis, Duke Ellington, wszystko, czego słuchali rodzice. Potem pojawili się The Jackson Five – to właśnie grupę młodego Michaela (wtedy jeszcze w jednym kawałku) Lenny wymieniał najczęściej wśród swoich inspiracji. To ich płyty katował niemiłosiernie. Aż wreszcie przyszedł czas na czyny. Kiedy skończył osiem lat, po raz pierwszy chwycił za gitarę. Fascynacja rockiem wisiała w powietrzu.
Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych Roxie dostała propozycję pracy w telewizji, rodzina Kravitzów wyprowadziła się z Nowego Jorku i zamieszkała w Los Angeles. A Lenny zaczął ćwiczyć głos. Znaczy, dał się zwerbować do chłopięcego chóru – i to nie byle jakiego, California Boys Choir do dziś uznawany jest za jeden z bardziej prestiżowych. A po próbach poznawał muzykę od trochę innej strony. To był kulturowy szok. Nowy Jork był światem R&B, a w Santa Monica byli surferzy, blond dzieciaki palące trawkę i wcinające grzybki – wspominał. Nowi koledzy zarazili Lenny'ego miłością do Jimiego Hendrixa, zapoznali z Led Zeppelin i Bobem Marleyem. Dopiero co odkrytych brzmień młody Kravitz słuchał w miejscu wybitnie do tego przeznaczonym – na tyłach kościoła.
W okolicach roku 1985 Lenny wrócił do Nowego Jorku. Wtedy był już pod ogromnym wpływem Prince'a. Motown, rock, funk. Nie potrafił się zdecydować, które brzmienie pasuje mu najbardziej. Zamiast sobie jedno wylosować, zaczął je mieszać, a miks najróżniejszych rzeczy szybko stał się jego znakiem firmowym. Z intrygującym pseudo Romeo Blue i równie intrygującym image'em (dready do pasa plus nieprzyzwoicie niebieskie soczewki) zawitał do okrutnego świata show businessu. Właściwie natychmiast udało mu się podpisać kontrakt z IRS Records. Firma była jednak nie do końca przekonana, bo umowę rozwiązano jeszcze przed wydaniem czegokolwiek. W 1987 roku szczęśliwie trafił pod skrzydła Virgin. To tam przekonano go do powrotu do prawdziwego nazwiska. Z gotowymi demówkami w kieszeni mógł rozpocząć pracę nad debiutem.
Autor: onet.pl