Obława na bestię w Przybiernowie
Treść
Policyjny helikopter miał to Coś wypłoszyć z mokradeł, a obława na ziemi osaczyć. Mieliśmy To złapać (albo zabić) w sobotę, bo atakuje przeważnie z soboty na niedzielę. W dzień, bo tylko w dzień my mamy przewagę.
W gminie Przybiernów narasta psychoza. Kolejni gospodarze tracą zwierzęta. Rozszarpane i zaduszone króliki z Czarnogłów, Świętoszewa, Świętoszewka i Moracza znajdują rano wokół otwartych klatek. Jeden z pokrzywdzonych prowadzi notatki. Wyliczył, że zginęło już ponad sto królików. W miniony poniedziałek w Moraczu wieczorem przepadła koza. Nazajutrz ze zwierzęcia została tylko skóra. W każdej zdechłej kurze ludzie widzą ofiarę tego Czegoś. Coś to według nich ryś, wilk, zdziczały ogromny pies, albo rosomak, może nawet wilkołak - kara za grzechy.
- Takiego strachu jeszcze nie było, jak żyję - mówi 86-letnia Janina Jabłecka z Moracza, kiedy prowadzi mnie, by pokazać, co zostało z kozy sąsiadki. -Tylko skóra jak wygarbowana. Ludzie zamykają dzieci. Nie wychodzą wieczorami. Kobiety boją się jeździć do roboty. Stare chłopy nie chcą spać przy łóżkach od okna.
Wójt Przybiernowa Tadeusz Kwiatkowski ogłosił, że każdy wałęsający się pies może zostać odstrzelony lub zabrany do schroniska. Tydzień temu nocą w teren ruszył patrol policji i straży leśnej z noktowizorem. Krążył pomiędzy Świętoszewem, Świętoszewkiem a Czarnogłowami. Rano okazało się, że tym razem króliki zginęły kilka kilometrów dalej, w Moraczu. Coś wdarło się nawet do gospodarstwa jednego z policjantów, który był w nocnym patrolu. Policjant później skojarzył, że widział w okolicy dużego psa. W końcu wójt z policją na 4 grudnia zaplanowali obławę.
Obława
W sobotę, po godz. 10 zbieramy się przy Nadleśnictwie Rokita. Akcją kieruje st. aspirant Marek Kubiś, kierownik rewiru dzielnicowych. Jest ze 30 ludzi: policjanci, straż leśna, leśnicy, myśliwi, wójt Tadeusz Kwiatkowski i weterynarz Tadeusz Soroka. Kubiś dzieli na grupy. Każdej wyznacza teren. Mamy spenetrować obszar od wsi przez lasy, ale przede wszystkim bagna między Czarnogłowami, Świętoszewkiem i Moraczem. Z góry patrolować będzie policyjny śmigłowiec. Gdyby to Coś dostrzegł, ma dać nam znak i wypłoszyć. Wtedy ruszą myśliwi i weterynarz.
- Mam pętlę i broń do usypiania - objaśnia weterynarz Tadeusz Soroka, który na co dzień pracuje w Wolińskim Parku Narodowym i prowadzi w Sikorkach przytulisko dla zwierząt.
Czego szukamy? Według uczestników obławy zdziczałego psa lub starego, wygłodniałego wilka (takiego widział niedawno mieszkaniec Babigoszczy), być może rysia.
Ze strażnikami leśnymi Henrykiem Pawlaczykiem i Zdzisławem Rakocą jadę pod cmentarz w Czarnogłowach. Tam dociera też reszta naszej grupy. Trójka pójdzie górą, my dołem w stronę dawnej cementowni. Dobieramy się tak, by w każdej grupie była broń, telefon i lornetka. Pośrodku, w lesie przy samochodzie zostanie pan Jurek. Nie może iść, bo ma nogę w gipsie. Będzie naszym punktem kontaktowym. Ma oczywiście broń, gdyby Coś było akurat na naszym terenie i biegło na niego. Rakoca już przy cmentarzu znajduje pierwsze tropy. Jednak okazuje się, że to ślady jeleni.
Parę saren, czarny kundelek, kilka włóczących się przy wsiach psów. Tyle do południa wypatrzyli policjanci ze śmigłowca. Jeszcze mniej my, obława.
Pawlaczyk, szef naszej grupy, kontaktuje się z Tadeuszem Pasternakiem z Nadleśnictwa Rokita. - Tadziu, coś macie? - dopytuje się.
- Coś jest, ale nie wiem co - słyszymy, więc szybko biegniemy do samochodu i podjeżdżamy do miejsca, w którym wylądował śmigłowiec.
Na polu między Czarnogłowami, Świętoszewkiem, przy ruinach starego wiatraka i rzece Wołczenicy jest spore wejście do jamy. Na piachu wokół trochę śladów. Weterynarz i myśliwi rozpoznają tropy jenota. Strażnik Rafał Pajestka z latarką usiłuje sprawdzić, czy zwierzę jest w środku. Okazuje się, że nora jest podmokła.
- Więc to raczej nie nora - stwierdzają. - Może próbował ją tu kopać, ale zrezygnował.
Gapie dopytują o jenoty. - Coś między lisem a psem. Czarno-szary - krótko opisuje weterynarz. On raczej uważa, że spustoszenie w gospodarstwach sieją wygłodniałe psy. Nie szukałby winowajcy pośród dzikich zwierząt. - Psy na wsiach są coraz częściej niedożywione - tłumaczy Tadeusz Soroka. - Bieda odbija się i na nich. Kiedy jeżdżę szczepić psy, widzę przy budach żywe szkielety. Spuszczone potem na noc mogą wyrządzać szkody, wyuczyć się pewnych zachowań. Może nocą te psy tworzą swoiste stado z przywódcą. Jeden dostał się raz do klatki z królikami, więc teraz próbują dalej. Pies potrafi nauczyć się pewnych zachowań. Zwłaszcza że tu ludzie nie mają specjalnie zabezpieczonych zamków.
Soroka uważa, że łatwiej byłoby odnaleźć sprawcę, gdyby oddać choć jedno z padłych zwierząt do badań i ustalić przyczynę śmierci. Miejscowa policja przyznaje, że dotąd nikt nie zbadał królików. Dopiero znalezioną przy jednym z ogrodów zagryzioną sarnę zawieziono do lecznicy w Szczecinie. Ale jeszcze nie ma wyników badań.
- Gdyby ludzie natychmiast po odkryciu zabitych zwierząt wezwali policję, łatwiej byłoby nam rozwikłać tę zagadkę - tłumaczy wójt Tadeusz Kwiatkowski. - Ale oni najpierw dzwonią do gazet, a po policję dopiero wtedy, gdy ślady już zadeptane.
Bez pokotu
Kubiś zarządza, że w pół godziny mamy skończyć przeczesywanie terenu. Wsiadam do śmigłowca. Starszy posterunkowy Dariusz Hajdasz wskakuje za mną z kamerą. Z góry filmuje okolicę. Unosimy się nad wsiami, lasami, bagnami. Lecimy wzdłuż Wołczenicy. Schodzimy tak nisko, że widać, co na metalowym wózku ciągnie chłop z Moracza. Przy domach i wzdłuż szos grupki miejscowych zadzierają głowy.
Nic na bagnach, nic w sosnowo-brzozowym lesie. Coś nad rzeką. Kołujemy niżej i niżej, ale to tylko kupka wysypanych śmieci. W końcu lądujemy na małym cementowym kwadraciku w Rokicie.
Tadeusz Pasternak z Nadleśnictwa Rokita tłumaczy, że kiedyś lądowały tu samoloty, które spryskiwały nawozami PGR-owskie pola. Teraz to miejsce czasem podczas akcji gaszenia lasów wykorzystują samoloty nadleśnictwa. Lotnisko z prawdziwego zdarzenia mają w oddalonym o 15 km Śniatowie. Śmigłowiec wraca do Szczecina. My przy drodze czekamy na pozostałych uczestników obławy. Samochodami jadą tędy do kościoła w Moraczu, gdzie wójt zarządził zbiórkę na koniec akcji. Zabieramy się z nimi.
Przed kościołem wójt (sam też myśliwy) dziękuje wszystkim i apeluje: - Niestety dziś pokotu nie ma, ale jakby co, reagujcie.
Kubiś zaleca: - Na psy zwracajcie uwagę. Może jeszcze raz się zbierzemy, ale dopiero jak jakieś konkrety będą. Na takim dużym terenie trudno coś zlokalizować.
Wójt prosi: - Prostujcie te opowieści o rosomakach, niedźwiedziach. Żeby nie było niepotrzebnego strachu, psychozy. My poprosimy o pomoc fachowców.
Już się mamy rozchodzić, kiedy drogą szybkim krokiem zbliża się mężczyzna w eleganckiej skórzanej jasnej kurtce. Macha do nas. Myśliwi pokazują wójtowi: - O, proboszcz czegoś chce.
- Hej, skończyliście? To co ja mam ludziom mówić, bo akurat na mszę na 16 jadę do Czarnogłów? - dopytuje się proboszcz Janusz Koplewski. - Muszę jakoś parafian uspokoić. Boją się z domów wychodzić, boją o dzieci. Choć teraz to tu bezpieczniej niż kiedykolwiek. Zapada wieczór i normalna godzina policyjna się robi. Krążą patrole, policja, straż leśna. Jak w Chicago.
Marek Kubiś wsiadając do wozu, wzdycha: - Albo tu nic nie ma, albo to Coś jest cwańsze niż my.
Monika Adamowska 05-12-2004
Autor: gazeta.pl