Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Przedruki: Wywiad z Donaldem Tuskiem

Treść

CENA POJEDNIANIA

Z wicemarszałkiem Sejmu RP Donaldem Tuskiem rozmawia Jarosław Giziński


Newsweek: W stosunkach polsko-niemieckich od miesięcy dzieje się coś niedobrego. Czyżbyśmy zmierzali w stronę wojny dyplomatycznej na linii Warszawa-Berlin?

Donald Tusk: Sprawa rzeczywiście jest poważna. Od roku 1989 w naszych stosunkach nigdy nie było takiego napięcia jak dziś. Ale też źródła tego napięcia leżą po stronie niemieckiej. Wszystkie reakcje polskie, dotyczące historii, roszczeń, reparacji, centrum wypędzonych etc., zostały sprowokowane tym, co dzieje się w Niemczech.

Czy angażowanie się w osadzony w historii konflikt nie przyniesie aby więcej szkód niż pożytku?

Możliwe. Ale i tak nie uciekniemy od konkluzji wydarzeń ostatniego roku: pojednanie polsko-niemieckie zostało narażone na potężne wstrząsy przez początkowo ciche, a dziś bardzo głośne roszczenia ze strony niemieckiej, a także przez dwuznaczną i pasywną postawę rządu niemieckiego wobec tych roszczeń - kierowanych zarówno do państwa polskiego, jak i jego obywateli.

Wydaje się jednak, że wpadamy w pułapkę, którą zastawili trzeciorzędni gracze na niemieckiej scenie politycznej. Zarówno Erika Steinbach, jak i Rudi Pawelka bez bardzo emocjonalnej reakcji polskiej wciąż byliby w Niemczech nikim.

Problemem nie jest pozycja tych osób na niemieckiej scenie politycznej. Problemem jest to, że wina Niemców za II wojnę światową wcale nie jest tak jednoznaczna. Problemem zatem nie są Pani Steinbach i Rudi Pawelka - problemem są najpoważniejsi niemieccy politycy, którzy uważają, że Centrum przeciwko Wypędzeniom to wcale nie taka zła inicjatywa i że roszczenia cywilne są zbyt dużym zagrożeniem dla finansów państwa, by rząd wziął na siebie odpowiedzialność za ich spłatę.

Zadziwiające, ale to Erika Steinbach twierdzi, że najlepiej gdyby rząd niemiecki zaspokoił roszczenia Niemców. To zaś współbrzmi z pańskimi postulatami w tej sprawie.

To rzeczywiście było pewnym zaskoczeniem. Jednak ja jestem pod jeszcze większym - i negatywnym - wrażeniem natychmiastowej, pełnej hipokryzji reakcji liderów politycznych Niemiec - i rządu, i opozycji: ,,Nie możemy się na to zgodzić, bo te roszczenia są zbyt wielkie". Angela Merkel w rozmowie ze mną mówiła kilka tygodni temu, że nie ma co rozmawiać o roszczeniach, bo one i tak będą nieskuteczne. Kanclerz Schröder powiedział to samo w Warszawie. A kiedy pojawia się pierwszy poważny problem, to słyszymy zgodny i bardzo źle brzmiący dla Polski chór mówiący: roszczenia cywilne wobec rządu polskiego i obywateli Polski są bardzo duże i mogą być skuteczne, więc rząd niemiecki nie weźmie za nie odpowiedzialności.

Czy emocje rozpalone podczas debaty sejmowej nie zaskoczyły Pana? Można odnieść wrażenie, że rzucane z trybuny sejmowej hasła są już elementem zbliżającej się kampanii wyborczej?

Proszę mi wierzyć - dokładnie ten sam problem istnieje w Niemczech. Mimo wszystko to jednak uboczny problem. Chodzi przede wszystkim o wymiar moralny w polityce, o elementarną sprawiedliwość w stosunkach międzynarodowych, zwłaszcza w zjednoczonej Europie. Chodzi też o rozgoryczenie, które sam odczuwam, że powściągliwość, dobra wola i ostrożność kolejnych polskich rządów są często odczytywane jako objaw słabości.

Czy teraz będziemy więc bardziej bojowi? Czy chcemy naprawdę walczyć o ogromne reparacje wojenne, czy też potraktujemy nasze żądania jak blokujący przeciwnika ruch na szachownicy?

Na tym też polega moja inicjatywa korygująca uchwałę dotyczącą żądania reparacji wojennych ze strony Niemiec. Debata i próby redagowania uchwał są oczywiście retorsją na bezczynność rządu niemieckiego, na próby roszczeń wobec Polski. Dobrym finałem tej sprawy powinien być ,,program Europy bez roszczeń".

Czy jest na to szansa?

Na własnym podwórku powinniśmy tonować najbardziej radykalne głosy, ale trzeba także wpływać na rząd, by wyszedł z bierności i zaczął kształtować stanowczą, choć nieagresywną strefę dochodzenia polskich interesów. Mam już sygnały, że po stronie niemieckiej nasze stanowisko przyniosło pozytywne efekty. Na przykład w CDU toczy się rozmowa - na razie cicha, ale niedługo będzie o niej głośniej - o tym, czy rząd niemiecki nie powinien jednak powiedzieć: tak, przyjmiemy na siebie odpowiedzialność za roszczenia.

Czy to oznaczałoby osiągnięcie stanu nazwanego przez Erikę Steinbach ,,pokojem prawnym"?

Tak. Dla strony polskiej - a pewnie i dla środowisk, które reprezentuje Steinbach - jasna deklaracja rządu niemieckiego, że bierze na siebie odpowiedzialność za ewentualne roszczenia, byłaby w dużej mierze zamknięciem całego negatywnego procesu.
Niezależnie od tego dobrze, byśmy zobowiązali swój rząd do skutecznej obrony naszych obywateli na wypadek, gdyby jakieś roszczenia cywilne się pojawiły. Obywatel polski nie ma przecież do dyspozycji tak dobrze przygotowanego, komercyjnego partnera, jakim jest Powiernictwo Pruskie. Dlatego opieka prawna powinna być dla zainteresowanych dostępna powszechnie i bezpłatnie.

A co stałoby się, gdyby Powiernictwo Pruskie zdołało uzyskać jakiś precedensowy, korzystny dla siebie wyrok przed Trybunałem w Strasburgu?

Przypomnę tu, że polski Sejm kilka miesięcy temu uznał, że jurysdykcja europejska w sprawach roszczeniowych nie będzie skutkowała. Tak więc może się zdarzyć, że jakieś wyroki będą dla nas niekorzystne, ale Polska nigdy nie zgodzi się na ich egzekucję. To zaś wyraźnie ilustruje, jak złe skutki mogą mieć dla całej Unii Europejskiej bezzasadne naszym zdaniem roszczenia niemieckie.

Wywiad ukazał się w Newsweeku nr 36/2004 z dnia 30.08.2004r.

Autor: PO