Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Rachunek za zniszczoną Warszawę

Treść

Rada Warszawy zamierza oszacować straty poniesione przez stolicę wskutek działań obcych armii, niemieckiej i sowieckiej, podczas II wojny światowej. Decyzję tę poparły wszystkie siły polityczne zasiadające w radzie. Rajcy warszawscy nie ukrywają, że intencją podjęcia właśnie teraz operacji dokumentującej rozmiar szkód jest "zderzenie" gigantycznych strat po stronie polskiej z roszczeniami wobec naszego kraju, jakie wysuwa niemiecki Związek Wypędzonych.
Samorząd warszawski przystąpi do oszacowania strat poniesionych przez stolicę w czasie II wojny światowej. Decyzję taką podjęła Rada Miasta Stołecznego Warszawy. Radni nie ukrywają, że ich intencją jest "zderzenie" gigantycznych szkód poniesionych przez Polskę z roszczeniami niemieckich "wypędzonych".
W przyjętym tuż przed Dniem Wszystkich Świętych stanowisku, rada zobowiązała prezydenta stolicy, aby w ciągu 30 dni przygotował projekt uchwały, która określi tryb i zasady oszacowania strat, jakie Warszawa poniosła w wyniku działań wojennych. Decyzja podjęta została niemal jednogłośnie: poparli ją zarówno radni LPR i PiS, jak i przedstawiciele SLD i PO. Prezydent Lech Kaczyński także przychylnie odnosi się do tej inicjatywy. Autorem wniosku jest wiceprzewodniczący rady, szef klubu LPR Jan Maria Jackowski.
- Nie ukrywam, że zainspirowała mnie do tego ekspertyza prawna Waldemara Gontarskiego i Stefana Hambury, w której udowadniają oni, że we wspólnej europejskiej przestrzeni prawnej roszczenia odszkodowawcze wypędzonych mogą okazać się skuteczne - wyjaśnia Jackowski. Jego zdaniem, inicjatywa rady Warszawy powinna znaleźć naśladowców w innych polskich samorządach. Nie oznacza to, że strona polska powinna pierwsza wystąpić z roszczeniami wobec Niemiec.
- Na razie jest to nasz głos w debacie, jaka rozwija się na arenie międzynarodowej - mówi Jackowski.
Tło międzynarodowe jest w tym wypadku aż nadto widoczne. Już ponad rok temu strona niemiecka przeprowadziła ofensywę na rzecz uchylenia przez Czechy tzw. dekretów Benesza, na podstawie których zostali wysiedleni i pozbawieni majątków Niemcy sudeccy. Równolegle została wzniecona przez Erikę Steinbach debata na temat budowy centrum wypędzonych w Berlinie.
W lipcu br. niemiecki dziennik "Suddeutsche Zeitung" podał informację, że szef niemieckiej dyplomacji Joschka Fischer w liście do premiera Bawarii Edmunda Stoibera opowiedział się za przyznaniem Niemcom sudeckim odszkodowań. Pieniądze - 4,5 mln euro - miałyby pochodzić z niemiecko-czeskiego funduszu na wypłatę rekompensat dla czeskich ofiar wojny. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że po dekretach Benesza następne w kolejce do podważenia są polskie dekrety powojenne, m.in. dekret o majątkach opuszczonych i poniemieckich. We wrześniu premier Leszek Miller, występując w Sygnałach dnia, zapewnił, powołując się na bliżej nieokreślone ekspertyzy prawne, że polskie i międzynarodowe ustawodawstwo chroni nas przed roszczeniami niemieckimi. Jednak już 2 października jedna z gazet przytoczyła wypowiedź rzecznik niemieckiego MSZ, w której podkreśliła ona, że rząd niemiecki uważa wywłaszczenie bez odszkodowania za niezgodne z prawem międzynarodowym. Podano też informację, iż niemieccy "wypędzeni" szykują się do złożenia pozwów o odszkodowania, a ma ich w tym wspierać spółka Preussiche Treuhand GmbH & Co. (Pruskie Powiernictwo). W prasie pojawiają się ekspertyzy prawne, z których wynika, że wskutek karygodnych błędów i zaniechań popełnionych przez kolejne rządy, nie wyłączając rządu Millera, Polsce grozi fala roszczeń ze strony niemieckiej. Związek Wypędzonych szacuje kwotę odszkodowań na 19 mld euro. Gra idzie o to, kto zapłaci - polski czy niemiecki budżet - twierdzi dr Mariusz Muszyński z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Jego zdaniem, pojedynczy polski obywatel, dzisiejszy właściciel majątku, nie będzie bezpośrednią ofiarą tego zamieszania. Prawo międzynarodowe dopuszcza bowiem wywłaszczenia. Jeśli "wypędzeni" przegrają procesy z Polską, to wystąpią o odszkodowania do rządu niemieckiego. - Dlatego z boku i cicho bierze w tej grze udział także trzeci, bardzo nią zainteresowany gracz: państwo niemieckie, o którym obie strony jakby "zapomniały" - przekonuje autor.
Małgorzata Goss



Rabowali, co się da

Jan Maria Jackowski, wiceprzewodniczący Rady Miasta Stołecznego Warszawy, inicjator przedsięwzięcia oszacowania strat wojennych:
W uchwalonym stanowisku rada zwróciła się do prezydenta miasta o przygotowanie projektu uchwały, który określi zasady i tryb oszacowania strat stolicy poniesionych w czasie II wojny światowej. Naszą intencją jest doprowadzenie do sytuacji, aby w obliczu nasilających się roszczeń obywateli niemieckich dotyczących majątków pozostawionych na terytorium Rzeczypospolitej Polska mogła przedstawić udokumentowane roszczenia o odszkodowania, jakie rząd niemiecki winien wypłacić polskim obywatelom i samorządom za zniszczone podczas wojny mienie.
Ziomkostwa zachowują się bardzo agresywnie, otwarcie mówią o procesach przed europejskimi trybunałami. Rząd niemiecki reprezentuje pogląd, że sprawa roszczeń indywidualnych nie została uregulowana na gruncie prawa międzynarodowego, m.in. w polsko-niemieckim traktacie o dobrym sąsiedztwie. W tej sytuacji rząd polski powinien doprowadzić do umiędzynarodowienia problemu roszczeń polskich. W Unii Europejskiej roszczenia obu stron znajdą się w jednej przestrzeni prawnej, ponieważ od orzeczeń sądów polskich będą przysługiwały odwołania do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Niemcy założyli Instytut Kompensacyjny w Karlsruhe, który w swoich archiwach posiada 700 tys. udokumentowanych wniosków byłych właścicieli. Pruskie Powiernictwo ma wspierać finansowo tych, którzy zdecydują się wstąpić na drogę sądową. W tej sytuacji Polska musi także zająć się oszacowaniem strat wojennych. Powinny podjąć to zadanie samorządy, a także stowarzyszenia osób poszkodowanych.
Po Powstaniu Warszawskim, przed zburzeniem miasta, Niemcy wywieźli do Rzeszy ze stolicy 45 tys. wagonów dobytku. Wiem to od Witolda Kuleszy z Instytutu Pamięci Narodowej. Rabowali nawet krawężniki, kable, latarnie, nie mówiąc już o mieniu osób prywatnych. Część potrzebnej dokumentacji na pewno znajdzie się w znakomicie zachowanych aktach Biura Odbudowy Stolicy - BOS, które bardzo profesjonalnie inwentaryzowało rozmiar strat. Jest też doskonały fotoplan Warszawy z 1945 r., wykonany przez lotnictwo sowieckie. Przy pomocy szkła powiększającego można na nim oglądać nawet wnętrza pokoi tam, gdzie były zerwane dachy.

Waldemar Gontarski, ekspert prawa europejskiego, doktorant Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor naczelny "Gazety Sądowej":
Inicjatywa Rady Warszawy pokazuje, że im niżej, tym lepiej. Prezydent, premier, minister spraw zagranicznych popełniają szkolny błąd. Twierdzą mianowicie, że prawo Unii Europejskiej nie może ingerować w kwestie własności, które pozostawione są prawodawstwu krajowemu. Powołują się przy tym na art. 295 traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską, wyrywając ten przepis z kontekstu. Za taką interpretację przepisów u mnie studenci dostają dwóję. Prawo własności podlega ograniczeniom wynikającym z traktatu, nie może np. być sprzeczne z zasadą proporcjonalności czy niedyskryminacji. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu wielokrotnie zabierał głos na temat prawa własności, np. badając zgodność z prawem europejskim procesów nacjonalizacyjnych czy wywłaszczeniowych.
Kolejne rządy z początku lat 90. popełniły też drugi błąd. Traktat 2+4 z 1990 r., umożliwiający zjednoczenie Niemiec, zamykał kwestie własnościowe. Tymczasem w rok później Polska na nowo otworzyła ten problem w traktacie z Niemcami. Do traktatu załączono dwa jednobrzmiące listy, w których strona polska i niemiecka oświadczyły, że traktat nie zajmuje się prawem własności. Dziś obie strony inaczej interpretują treść tych listów: strona polska uważa, że kwestie własności nie były przedmiotem rozmów, ponieważ wcześniej zostały zamknięte i nie było takiej potrzeby, strona niemiecka twierdzi natomiast, że sprawy własnościowe nie zostały dotąd uregulowane. Niemcy uważają też, że powojenne wywłaszczenie obywateli niemieckich bez odszkodowania jest niezgodne z prawem międzynarodowym. Jak można tych rozbieżności nie zauważać?!
Co dalej? Trzeba być gotowym. Niemcy mają oszacowane straty, gotowe opinie prawne. Pomylenie kata z ofiarą może pewnego dnia przełożyć się na język orzecznictwa luksemburskiego. Dlatego na ewentualne pozwy z ich strony musimy zalać ich pozwami, pokazać, że nasze straty są nieporównywalnie większe. Do tego potrzebne jest zebranie dokumentacji i oszacowanie strat. Tylko w ten sposób możemy zamknąć drogę do odszkodowań na rzecz wypędzonych. Zamiast namawiać stronę polską do zaniechania, rzecznik MSZ powinien z urzędu zajmować się neutralizowaniem oświadczeń swego niemieckiego "kolegi". Strona polska powinna alarmować opinię międzynarodową, być "pod parą" dopóki rząd niemiecki zachowuje się niejednoznacznie. Uważam jednak, że nie powinniśmy jako pierwsi robić z zebranych materiałów użytku.

Adam Dąbrowski, Archiwum Akt Nowych:
Baza źródłowa dla oszacowania strat stolicy istnieje, ale dokumenty są rozproszone. Należałoby zacząć operację od solidnej kwerendy w archiwach krajowych i zagranicznych. W tutejszym archiwum są np. dokumenty Biura Odszkodowań i Biura ds. Rewindykacji, gdzie zgłaszane były roszczenia osób prywatnych i firm. Z kolei akta Biura Odbudowy Stolicy znajdują się zarówno w AAN, jak i w Archiwum Państwowym Miasta Stołecznego Warszawy, które zajmowało się dokumentacją strat indywidualnych. Należałoby także przejrzeć archiwa Sejmu, poszczególnych ministerstw, zwłaszcza tych, które zajmowały się odbudową stolicy. Warto wiedzieć, że straty na polu dóbr kultury odnotowywane były przez konspirację jeszcze podczas wojny i mogą znajdować się za granicą. Własną sieć archiwalną posiadają też biura konserwacji zabytków. Swoje straty szacowały także po wojnie muzea, placówki biblioteczne, np. nieformalna grupa złożona z przedwojennych pracowników pracowała nad opisaniem strat przy Bibliotece Miasta Stołecznego Warszawy na ul. Koszykowej.
Oszacowanie strat stolicy nie jest operacją niewykonalną, ale wymaga sporego nakładu czasu i pracy.
not. MaG
Nasz Dziennik 5-11-2003

Autor: IAP