Śmiertelny błąd ginekologa
Treść
Słupski ginekolog odesłał do domu krwawiącą kobietę w siódmym tygodniu ciąży. Jego diagnoza kosztowała życie nienarodzonego jeszcze dziecka.
"Nie jesteśmy w stanie uwierzyć w to co się stało. Nasze dziecko mogło żyć" - powiedział "Głosowi Pomorza" Anna D. ze Słupska.
To miało być ich drugie dziecko. "Cieszyliśmy się, kiedy na świat przyszła nasza córeczka" - opowiada Mariusz. "Chcieliśmy jednak mieć więcej dzieci. Pragnęliśmy, żeby drugie urodziło się, kiedy mała skończy dwa lata. To nam się prawie udało. Moja żona zaszła w ciążę".
Ich radość nie trwała jednak długo. W siódmym tygodniu ciąży pojawiły się problemy. "Zaczęłam krwawić" - wspomina Anna. "Przestraszyłam się, ponieważ pierwsza ciąża przebiegała bez żadnych komplikacji. Bez zastanowienia pojechaliśmy do szpitala".
Małżeństwo twierdzi, że pobyt w szpitalu od samego początku nie był dla nich przyjemny. "Najpierw oberwało mi się za to, że przyjechałam bez skierowania" - opowiada kobieta. "Nie myślałam o takich sprawach, byłam przerażona. Poza tym w nagłych wypadkach nie trzeba mieć przecież żadnego skierowania".
Małżeństwo twierdzi, że lekarz przyjął ich w biegu. "Powiedział nam, że wszystko jest w porządku" - relacjonuje Mariusz. "Uwierzyliśmy mu, w końcu zrobił żonie badanie USG. Trochę się uspokoiliśmy i wróciliśmy do domu. Zdziwiło nas tylko to, że nie otrzymaliśmy żadnego wpisu do książeczki rumowskiej". Na drugi dzień kobieta poczuła się znacznie gorzej. Z silnymi bólami brzucha i krwawieniem ponownie pojechała do porodówki w Ustce. Było jednak za późno. Anna poroniła podczas badania lekarskiego.
(PAP)
Autor: interia.pl