Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Turcja będzie (za kilkanaście lat) w Europie

Treść

Historyczny dzień dla przyszłości Europy. Bruksela gotowa jest do negocjacji członkowskich z muzułmańską Turcją. Potrwać mają bardzo długo, a Unia na zawsze zamknie przed Turkami rynek pracy.

Telefon komórkowy komisarza UE G(ntera Verheugena dzwonił bez przerwy. Do ostatniej chwili ustalali z nim szczegóły szef Komisji Europejskiej Prodi, premier Turcji Erdogan, prezydent Francji Chirac... Dzwonił też "ktoś" z Waszyngtonu, by się upewnić, że Unia Turcji nie odrzuci, że podejmie decyzję, na którą Turcy czekają już 41 lat!

Niemiec wszedł wczoraj rano na posiedzenie Komisji Europejskiej w bojowym nastroju. Przygotował niemal 200-stronicowy, drobiazgowy raport, w którym prześwietlił sytuację w Turcji. Na jego żądanie parlament w Ankarze w ostatnich dniach zmienił jeszcze kodeks karny i wykreślił zapis o karaniu cudzołóstwa. Verheugen uznał, że to wystarczy, by zacząć negocjacje. Ale dodał, że także inne kodeksy muszą być zmienione i to dopiero start wielkich reform w Turcji.

Dyskusja w Brukseli była burzliwa. Zrazu ośmioro z 30 komisarzy miało wątpliwości. Polka Danuta H(bner wspierała Verheugena, który tłumaczył, że otwarcie negocjacji nie przesądza o ich wyniku. W końcu nie przekonał tylko Holendra Bolkesteina, który mówił, że nie po to Sobieski pobił Turków pod Wiedniem, by teraz ich do Europy wpuścić. Inni uznali, że ryzyko wprawdzie jest, ale plusy przeważają. Unia z Turcją będzie wielkim rynkiem i światową potęgą (560 mln ludzi, wobec 290 mln w USA), da to Europie większe bezpieczeństwo, ułatwi walkę z islamskim terroryzmem. Turcja w Unii stanie się z kolei wzorem, że reformy popłacają.

Czy i kiedy negocjacje zacząć, zdecydują ostatecznie szefowie państw Unii na szczycie 17 grudnia. Wiceszef Parlamentu Europejskiego Jacek Saryusz-Wolski (PO) mówi "Gazecie", że Polska powinna być na "tak", ale musi walczyć o otwarcie drzwi do Unii Ukrainie. Tego też chce prezydent Kwaśniewski.

Bruksela wyliczyła, że członkostwo Turcji może kosztować 16,5 mld euro rocznie. Verheugen mówi jednak, że Turcja wejdzie do Unii nie wcześniej niż za 10-15 lat, a i tak od razu wszystkich środków pomocowych z Unii nie dostanie. - Dla obecnych członków nie zabraknie pieniędzy na rolnictwo i politykę regionalną - uspokajał m.in. Polaków Verheugen. - Możemy Turcji zaufać, to my potrzebujemy Turcji zakotwiczonej w świecie Zachodu.

Warunki postawił jednak ostre. Najboleśniejsze dla Turków będzie zamknięcie dla nich rynku pracy w Unii. Tłumaczył, że inaczej nie uda się przekonać do Turcji pełnych obaw Niemców czy Francuzów. Erdogan miał to przyjąć.

- To moja ostatnia, najważniejsza decyzja - mówi Verheugen. 1 maja Niemiec wprowadził do Unii Polskę i inne kraje postkomunistyczne. - Moją misję wypełniłem.

Niemiec Verheugen odniósł wczoraj w Brukseli zwycięstwo - przekonał do rozpoczęcia negocjacji z Turcją wszystkich komisarzy z wyjątkiem jednego. Przeciw był tylko Holender Bolkestein, który już wobec Polski w Unii miał wątpliwości, a o muzułmańskiej Turcji po prostu nie chciał słyszeć (jego opinii nie podziela jednak rząd w Hadze). Francuz Lamy, Hiszpanka de Palacio czy Słowak Figel zgłaszali zastrzeżenia co do zakresu i trwałości tureckich reform, a zwłaszcza przestrzegania praw człowieka. Niemiecki komisarz ds. rozszerzenia UE przekonał ich jednym argumentem: taką samą krytykę wobec Turcji podnoszą też Amnesty International czy Human Rights Watch, ale ci obrońcy praw człowieka są za wejściem Turcji do Unii, bo tylko dzięki europejskiej perspektywie sytuacja tam się radykalnie poprawiła. Rząd w Ankarze bada dziś większą liczbę przypadków tortur czy złego traktowania więźniów, niż doliczyli się tego niezależni obserwatorzy! I po raz pierwszy tego typu praktyki nie uchodzą już płazem.

Za startem negocjacji z Unią są dziś w Turcji liderzy Kościołów chrześcijańskich, bo dzięki Europie uzyskają wreszcie osobowość prawną. Są radykałowie islamscy, bo religia zyska większą obecność w życiu publicznym. Jest armia turecka, która zawsze stała na straży prozachodniego kursu i laickości państwa; jest biznes, który chce wejść na unijny rynek; jest lobby rolne, bo liczy na dotacje z Brukseli itd. Chcą tego wreszcie mniejszości narodowe, w tym najliczniejsi Kurdowie (ponad 10 proc. z 70 mln mieszkańców), bo zmierzająca do Europy Turcja przestała ich prześladować, a na wolność wyszła ostatnio Leyla Zana - symbol walki Kurdów o ich prawa. Spędziła za kratkami dziewięć lat tylko za to, że w parlamencie w Ankarze odezwała się po kurdyjsku. Dziś Kurdowie mają swoje legalne media, a Leyla Zana przyjedzie za kilka dni do Brukseli odebrać Nagrodę im. Sacharowa.

To jednak nie niepokoje Turków wczorajszy raport Verheugena miał rozproszyć, ale te, które są w samej Europie, zwłaszcza w Niemczech, we Francji, w Austrii czy na Słowacji. Bruksela zaznacza więc, że Turcja wejdzie do Unii tylko wtedy, gdy się w zasadniczy sposób zmieni - wczorajszy raport Komisji Europejskiej nie zostawia cienia wątpliwości. Zmienić się będzie musiała także Unia, bo wraz z Turcją jako członkiem jej granice sięgną Iraku, Iranu czy Syrii.

Komisja zaznacza, że do 2013 r. Turcy nie mogą w ogóle liczyć na pieniądze z Unii, bo nie uwzględniono jej w planowanym budżecie, a najpewniej i potem transfery finansowe z Brukseli będą zrazu minimalne. To powinno uspokoić kraje takie jak Polska. Bruksela będzie negocjacje z Turcją prowadzić zupełnie inaczej niż z nami - kolejne rozdziały będą otwierane, dopiero gdy reformy zostaną wdrożone w życie (nam wystarczyło tylko to, że obiecywaliśmy, że zmiany prawne zostaną przeprowadzone na czas). Jeśli Turcja reform zaprzestanie, wówczas Rada państw Unii będzie mogła negocjacje w ogóle zawiesić - wystarczy do tego zwykła większość głosów. Dokument Verheugena mówi także, że wynik negocjacji nie jest z góry przesądzony - tego chcieli ci, którzy sądzą, że Turcja skończy je nie jako członek Unii, ale np. specjalny partner. Niemiec zaznacza jednak, że cel rozmów z Ankarą jest jeden - pełne członkostwo. Z jednym ograniczeniem - Turcy być może nie będą mieli prawa do zatrudniania się w krajach Unii. O tym zdecydują jednak negocjacje.

Nad zaleceniem Komisji przywódcy Unii będą debatować na szczycie 17 grudnia i wtedy zdecydują, kiedy negocjacje zacząć. Wczoraj "za" opowiedziały się rządy m.in. Grecji, odwiecznego tureckiego wroga na Morzu Śródziemnym, Wielkiej Brytanii, Włoch i Niemiec, gdzie żyje ponad 2,5 mln Turków. Przeciw są m.in. opozycyjna chadecja w Niemczech, rządząca prawica w Austrii i na Słowacji. Zastrzeżenia ma też Cypr, którego część okupuje turecka armia. We Francji, by przekonać niechętną Turcji centroprawicę, wywodzący się z niej prezydent Chirac zapowiedział, że o wyniku zadecydują Francuzi w referendum.

Debata o miejscu Turcji w Unii dopiero się zaczyna i będzie ona na pewno bardzo gorąca. - To będzie debata, która równie wiele powie o nas, Europejczykach, jak i o Turcji - mówił wczoraj w Parlamencie Europejskim lider liberałów Graham Watson. - Jeślibyśmy mieli odrzucić Turcję na bazie uprzedzeń religijnych, to Turcja zasługuje na coś lepszego niż taka Europa.

(Robert Sołtyk, Bruksela)

Autor: gazeta.pl