Wybory w Iraku - lepiej niż przypuszczano
Treść
Na ulicach Bagdadu od rana w niedzielę słychać było wybuchy i serie z karabinów, ale ludzie nie zlękli się i poszli na wybory. Wstępne szacunki mówią o 60-70 proc. frekwencji w całym kraju. Szczególnie wśród szyitów entuzjazm był ogromny
Nastrój wśród prześladowanych za Saddama szyitów, stanowiących ponad 60 proc. ludności Iraku, można śmiało porównać z tym, co przechodziliśmy w Polsce w trakcie wyborów 4 czerwca 1989 roku czy z pomarańczową rewolucją na Ukrainie.
Na południe od Nadżafu i Karbali, gdzie zaczynają się czysto szyickie tereny Iraku, wyborcy krzyczeli i śpiewali z radości na ulicach. Inaczej było w Bagdadzie - wysadziło się tu siedmiu samobójców (w całym kraju zginęły w zamachach ok. 40 osób). W stolicy otwartej radości więc nie było, ale i tu szyici znacznie liczniej niż się spodziewano stawili się przy urnach.
- To najpiękniejsza chwila w moim życiu - mówił mi wzruszony Adil, nauczyciel z bagdadzkiej dzielnicy Dora, który chwilę wcześniej oddał głos w pierwszych w swoim życiu wolnych wyborach. - Nawet jeśli teraz, wracając do domu, miałbym zginąć, było warto.
Niedziela pokazała realną siłę irackich rebeliantów, głównie uprzywilejowanych za Saddama Sunnitów. Są oni w stanie nękać iracką policję i wojska koalicji w wojnie partyzanckiej, ale nie zdołali storpedować wyborów. Przeciwnie, w pewien sposób przyczynili się do ich sukcesu. Okrutne zamachy, które w ostatnim miesiącu stały się codziennością, pogłębiły determinację milionów szyitów i Kurdów. Wybory przerodziły się w plebiscyt przeciw przemocy i siłom dawnego reżimu.
Dość terroru mają nawet niektórzy sunnici. Kiedy w rozmowie z inżynierem z Bagdadu użyłem określenia "mudżahedini", żachnął się: - To słowo oznacza bojownika za szlachetną sprawę, a większość z nich to zwykli bandyci!
Jednak na terenach sunnickiego trójkąta na północ od Bagdadu frekwencja zapewne nie przekroczyła 20 procent. Tu nadal de facto trwa wojna domowa a większość mieszkańców popiera walkę z Amerykanami i ich irackimi sojusznikami.
Teraz najwięcej zależy od szyickich polityków i duchownych, zwycięzców tych wyborów. Muszą spróbować odciągnąć większość sunnitów od terrorystów i wciągnąć do polityki. Na razie większość Sunnitów uważa wybory za nieuczciwe, bo szyici i Kurdowie byli w kampanii uprzywilejowani.
Rzeczywiście, premier Ijad Alawi i wszyscy ministrowie bez specjalnej żenady wykorzystywali swoje stanowiska w kampanii. Alawi przy każdej okazji pojawiał się w telewizji. Sam byłem świadkiem jak wiceminister obrony drukował w ministerstwie swoje plakaty wyborcze.
Nadzieja jednak jest. W ostatnich dniach szyiccy przywódcy zapowiadali, że zaproponują sunnitom współrządzenie krajem i wspólne pisanie konstytucji. Czeka ich trudne zadanie, bo rebelianci nie zaprzestaną aktów terroru przeciw koalicji i nowym władzom. Czy szyici będą w stanie wznieść się ponad to i wyciągnąć rękę na zgodę? Pierwsze odpowiedzi przyjdą już za 10 dni, kiedy zostaną ogłoszone wyniki wyborów.
Droga nauczyciela Adila do demokracji była wyjątkowo długa: 43 lata i dwie godziny marszu ulicami Bagdadu. Wszystko przez Saddama, terrorystów i talony żywnościowe, które odbiera w dzielnicy Kasidija odległej kilka kilometrów od domu w dzielnicy Dora. Jak każdy Irakijczyk, co miesiąc Adil dostaje na talony 7 kg mąki, 3 kg ryżu, 1,5 kg cukru i pół kilo masła. Jak każdy Irakijczyk, w niedzielę mógł dzięki tym talonom głosować w wyborach parlamentarnych.
Bomby pod komisjami
Spisu ludności nie było w Iraku od wielu lat. Cała wiedza rządu o obywatelach opiera się na talonach wprowadzonych jeszcze w czasach sankcji ONZ przeciw reżimowi Saddama. Zarabiało się wtedy po kilka dolarów miesięcznie, dlatego ratowały przed głodem. Nie inaczej jest dzisiaj - wprawdzie pensje wzrosły, ale ceny są wolnorynkowe, a bezrobocie wynosi 40-50 proc. Można więc przyjąć, że kto żyw, zgłasza się po talony i dlatego rejestrację wyborców oparto właśnie na nich. W listopadzie Adil złożył w stosownym urzędzie podanie o przepisanie się z odległej dzielnicy Kasidija, gdzie był zarejestrowany. Gdyby sprawę załatwiono, mógłby w punkcie tuż koło od domu. Niestety, podanie zaginęło w biurokratycznej otchłani.
Jakby talonowych komplikacji było mało, w niedzielę w Bagdadzie nie wolno było jeździć samochodem. Ten zakaz miał utrudnić życie terrorystom, którzy wysadzają się najchętniej właśnie w samochodach (bo można do nich zapakować duży ładunek i staranować przeszkody).
I tak oto Adil został skazany na pieszą wyprawę do Kasidii. - Tam i z powrotem plus czekanie w kolejce to całe pięć godzin strachu - mówi. Od paru dni krążyły plotki, że w niedzielę ruszy w miasto 150 samobójców przepasanych ładunkami wybuchowymi, którzy przekradli się z Arabii Saudyjskiej. W Dorze rozrzucano ulotki z lakoniczną zapowiedzią: "Głosujesz, nie żyjesz!". Dlatego w sobotni wieczór wspólnie z żoną zdecydowali, że ona zostanie w domu, żeby "w razie czego" ktoś zaopiekował się córeczką.
W okolicy ich domu całą noc trwała strzelanina. To bardzo niespokojny rejon, zamieszkany przez szyitów i sunnitów (dwa główne, zwaśnione ze sobą odłamy islamu). W niedzielę od rana w całym Bagdadzie słychać było wybuchy. Samobójcy rzeczywiście się pojawili, choć było ich znacznie mniej niż zapowiadano. Do dwunastej wysadziło się siedmiu, większość w kolejkach przed komisjami. W szyickiej dzielnicy nędzy na komisję wyborczą spadły pociski moździerzowe. W sumie zginęło dwadzieścia osób. Wszyscy spodziewali się, że zamachowcy uderzą rano, żeby wystraszyć wyborców, dlatego wielu bagdadczyków planowało głosować dopiero po południu.
Pieszo do urny
Ale Adil uparł się, że wyjdzie z domu rano o ósmej (komisje otwarto godzinę wcześniej). - Ktoś musi dać przykład innym, pokazać, że nie boi się terrorystów - wyjaśnia. Przed wyjściem zobaczył w telewizji uśmiechniętego prezydenta Gazi al Jaura głosującego w Zielonej Strefie, pilnie strzeżonej przez Amerykanów części Bagdadu, w której znajdują się ministerstwa i dowództwo wojsk koalicji. Dzień wcześniej prezydent wezwał wszystkich rodaków do głosowania. - Szkoda, że nie odważył się pójść do normalnej komisji, jak my wszyscy - mówi Adil na poły szyderczo, na poły smutno.
Zaraz po wyjściu z domu był świadkiem nieszczęśliwego wypadku. Kilku mężczyzn, lekceważąc zakaz, jechało ulicą samochodem. Kiedy mijali checkpoint, Amerykanie zaczęli strzelać. Wszyscy w aucie zostali ranni, na szczęście nie było zabitych. Potem już bez żadnych przygód Adil doszedł do szkoły Kinana, w której mieściła się komisja wyborcza nr 10, do której go przydzielono. Okazało się, że rano, przed siódmą, wybuchła tu mała mina, nie wyrządzając poważniejszych szkód.
Wyborcy zarejestrowani w Kinana nie dali się zastraszyć. W dwóch kolejkach (kobiety i mężczyźni oddzielnie) stało kilkaset, a może i tysiąc osób. Przygotowano chyba ze dwadzieścia kabin do głosowania, dlatego głosowanie szło sprawnie. Po godzinie oczekiwania i potrójnym przeszukaniu Adil był w jednej z kabin. Zaznaczył listę nr 169, sojusz szyickich ugrupowań religijnych, który jest powszechnie typowany na zwycięzcę wyborów. Nieformalnie patronuje mu duchowy przywódca szyitów, sędziwy ajatollah Ali as Sistani. Do władz lokalnych Adil poparł Najwyższą Radę Rewolucji Islamskiej (nr 123), główną partię we wspomnianym sojuszu. Dwie godziny później, z palcem zaczernionym niezmywalnym atramentem (wyborców oznaczano, żeby uniemożliwić im podwójne głosowanie), Adil doszedł do domu. W telewizji podano właśnie, że frekwencja w całym kraju przekroczyła 72 proc. Tego nie spodziewali się najwięksi entuzjaści wyborów.
Karabiny zostały
Wśród głosujących nie było Latifa, tłumacza pracującego dla dziennikarzy z hotelu Palestyna. Za Saddama był oficerem irackiego wywiadu (Mukhabaratu) i - podobnie jak duża część irackich sunnitów - korzystał z przywilejów reżimu. W piątek prorokował klęskę wyborów. Dziś, podobnie jak większość sunnitów, został w domu. Opowiada mi, że w jego dzielnicy Adamija komisje były puste, a w Samarze (na północ od Bagdadu) zamiast zapowiadanych dwudziestu, działały tylko dwie.
- To jeden wielki żart - mówi wyraźnie poirytowany. - Szyici byli popierani przez Iran i Amerykę. My, sunnici, jesteśmy od końca wojny dyskryminowani i upokarzani. Jak można w takich warunkach mówić o uczciwych wyborach? Nie myśl, że to koniec sunnickiego ruchu oporu. Saddam zaszczepił w tym kraju kulturę przemocy i jedna niedziela rzekomej demokracji tego nie zmieni. Jeszcze długo karabin będzie tutaj podstawowym narzędziem uprawiania polityki.
Autor: gazeta.pl